Przewodnik

Aktualnie

Prognoza pogody - Keronia:
Lato w pełni. Duszne, lepkie od gorąca i burzowe. Wichury i deszcze pojawiają się niespodziewanie, a przychodzące zaraz po nich upały szybko spijają deszczówkę, wysuszając wszystko na wiór. Na jednych terenach plony są dorodne, na innych wysychają lub gniją od nadmiaru wody. Owocują wiśnie i maliny, w lasach można znaleźć poziomki. Na polach skończyły się żniwa małe (zbiór jęczmienia ozimego), a rozpoczęły żniwa duże (zbiór pozostałych zbóż).

Prognoza pogody - cz. II.:
W Wirginii upały coraz bardziej dają się we znaki, a gwałtowne wiatry wiejące znad pustyni Wielkiej Pustyni nawiewają do miast tumany duszącego, osiadającego na skórze i ubraniach pyłu.

Prognoza pogody - cz. III.:
Quinghena dosłownie tonie w deszczu, na Wedze coraz cieplej, choć jeszcze nie upalnie. Na Kresach Północnych zaczynają rozmarzać najdalej wysunięte na południe punkty, gdzieniegdzie skałę zaczynają porastać pierwsze porosty.

Przebudowa pałacu nad jeziorem Onns I
Earlessa Irmina - wdowa pod Karelu Istorze, panu na terenach otaczających Jezioro Onns - krótko przywdziewała czerń po śmierci męża. W kerońskich portach coraz częściej spotkać można quingheńskich budowniczych, rzeźbiarzy, malarzy, hafciarzy i innych rzemieślników, podróżujących do jej posiadłości.

Przebudowa pałacu nad jeziorem Onns II
Pani Irmina bowiem, zrzuciwszy z głowy czarną chustę, jęła się przebudowy swojej rezydencji na modłę zachodnią. Co bardziej sceptyczni twierdzą, że spadek po małżonku i dochody z otaczających jezioro pól, sadów i winnic nie wystarczą, pałac jest bowiem rozległy i bardzo zniszczony.

Przebudowa pałacu nad jeziorem Onns III
Czyżby pani na wschodnim brzegu jeziora swoją rozrzutnością próbowała odstraszyć kandydatów do kolejnego ożenku? A może to propagandowa zagrywka i ostentacja pozycji społecznej? Jedno jest pewne - planowany arkadowy dziedziniec w połączeniu z łagodnym, ciepłym klimatem jeziora Onns zapowiada się obiecująco.

Romans królowej Szafiry?
Krążą plotki, jakoby panująca w Keronii królowa Szafira miała romans z zagranicznym dyplomatą. Władczyni wymówiła się z obecności na ważnej uczcie, a mimo to jeden z dworzan widział ich razem w niejasnych okolicznościach w królewskich ogrodach. Pikanterii dodaje fakt, że polityk ten pochodził z Królestwa Elfów.

Rekrutacja na Uczelniach Wyższych
Keronijskie uczelnie prowadzą nabór studentów. Uniwersytet Magiczny w Królewcu ma w swojej ofercie studia gwarantujące tytuł bakałarza lub magistra nauk magicznych oraz specjalizacje, dotyczące m.in. magii uzdrowicielskiej, mentalnej i alchemii. Uniwersytet w Demarze zaprasza na kierunki tradycyjne, np. historię, teologię, medycynę czy geometrię.

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

        Proste zlecenie. Zabić jedną osobę. Jedną. Niby nic trudnego a mimo to sprawiło mi to nie dużo problemu. Znalezienie jej nie należało do prostych rzeczy. Dlaczego? Cały czas się przemieszczała. I to nie po obrębie jednego miasta a po obu królestwach. Ale w końcu mi się udało. Zupełnie jakby sama chciała bym ją odnalazł. Do tego ten uśmiech. Pełen pewności siebie. Nienawidzę tych uśmiechów. Jak bardzo można się zmienić? Z dobrego człowieka, który chciał pomóc innym w kogoś tak zagubionego. Tak obolałego życiem. W kogoś tak...innego. Dużo słyszałem o tym człowieku. Dużo zrobił dla innych. A teraz? Teraz będzie musiał umrzeć. W imię czego? Pieniędzy? Sławy? Ponieważ naraził się nie temu komu powinien?
        Czekałem, aż wyciągnie broń. Nic jednak takiego nie zrobił. Mężczyzna, który stał przed mną wpatrywał się we mnie. Zupełnie jakby czekał aż pierwszy zaatakuję. Nie dam mu dłużej czekać. Wyjąłem sztylet i powoli zacząłem iść w stronę mojego celu. Atmosfera była naprawdę magiczna. Wszystko ucichło. Zupełnie jakby świat niczym ludzie na arenie, czekał z zapartym tchem oczekując finału tej sceny. I ją dostał.
Mężczyzna dobył kostura i rzucił się na mnie. Chwila nieuwagi i wylądowałem na ziemi. Drań uderzył mnie najpierw w ramię a potem podciął nogi. Chwile potem chciał zmiażdżyć mi głowę. Nie obraziłbym się gdyby mu się udało, ale wciąż się uśmiechał. Zaczynało mnie to wnerwiać.
Odturlałem się od niego robiąc tym samym unik przed kolejnym uderzeniem. Nie będe się z nim bawił. Ugiąłem kolana. Zupełnie jakbym kucał. Sztylet przyłożyłem sobie do boku. Zamknąłem oczy. Cisza była tak duża, że słyszałem jak mężczyzna szeptał do samego siebie.
Jeszcze chwila. Jeszcze nie. Już!
        Rzuciłem się na mężczyznę wbijając mu sztylet w bok. Nawet nie jęknął. Unik. Ostrze drugiego sztyletu, który był ukryty za moimi plecami wbiłem mu w dół szczęki. Czarna krew popłynęła mężczyźnie z ust. Jego uśmiech zgasł. Tak samo jak ja gasiłem jego świece życia. Wyjąłem sztylet z jego boku i podciąłem mu gardło. Jego płomień w tym momencie zgasł.
- On nie może tu leżeć. - odezwał się kobiecy głos.
- Obejrzałem się. Za krzaków wyszła pół naga kobieta. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, gdzie jestem. Pośrodku jakiejś polany.
- Wiesz, że to już piąta ofiara w tym miesiącu? - Kolejny głos. Tym razem męski.
- Wiem. Szkoda, że tak skończył.
- To było konieczne. - odparła kobieta
- Wiem. - powiedziałem smutno. Naprawdę czułem żal że go zabiłem.
- I co teraz?
- Posprzątam. - rzuciłem po chwili namysłu.
- Jak? - zapytała kobieta/
- Jestem wynaturzeniem. Jestem ghulem. Zombie. Jestem głupim zombiszonem.
- Zombiszon? A mogę Co mówić Ząbek?
Spojrzałem na nią. Księżyc właśnie wyszedł za chmur oświetlając jej sylwetkę.
Była nieco wychudzona. Jej strój przypominał jeden z tych co noszą niewolnice. Im mniej tym lepiej.
- Ząbek. Podoba mi się. A Ty. - spojrzałem na nieboszczyka kucając przy nim – Spoczywaj w pokoju. Eliasie Ainsworth.


Zacząłem ucztę...
Czytaj dalej »

[200]

***
 [Muzyka]

Za waszymi plecami wieje wiatr. Zimno przenika przez materiał, szarpie ciało, usztywnia kości, zawodzi jak krążąca pomiędzy szarymi pniami strzyga. Kolorowe liście spadają coraz gęściej, ciężkie od grubych kropel deszczu. Szarawa, tłusta breja bulgocząca leniwie w zawieszonym nad ogniskiem kociołku będzie smakować tak obrzydliwie, jak tylko może żarcie w podróży. Wiesz, że za chwilę ta masa rozleje ci się w ustach, oparzy język i zmusi do żmudnego przeżuwania wszystkiego, co się nie rozgotowało. 
Ale teraz to nie ma znaczenia.
Podnosząc kubek, słyszysz śmiech przyjaciół z przeszłości, uświadamiających nowoprzybyłego gościa, że w twoim domu nie skosztuje niczego, co choćby przypomina pieczyste.
Przymykasz oczy i wdychasz zapach, który nieodmiennie kojarzy ci się z własną pracownią, lepkimi plamami na mahoniowym blacie i szelestem węgla skrobiącego o pergamin. Zapach, który wywabiał cię z pokoju, gdy matka jeszcze potrafiła cię rozpoznać. 
Ignorujesz nieufne spojrzenie siedzącego obok Kerończyka, który boi się spróbować.
Napawasz się przechodzącym powoli na skostniałe dłonie ciepłem i prawie pamiętasz mocny uścisk ojca.
Przez chwilę patrzysz na zamkniętą w owalu naczynia taflę, czarną jak niebo w noc, w którą ulatują lampiony.
Bierzesz pierwszy, gorzkawy łyk.
Przytrzymujesz chwilę.
Kubek jest gorący, jak powietrze w twoich rodzinnych stronach.
Kawa.
Przez chwilę nie potrzebujesz niczego więcej.
Shel

Nigdy nie kupuj ryb morskich w górach

Calvin i Hobbes

Przeważnie ryby, wędzone i zasolone. Dorsze, łososie, śledzie, czasami tłuste makrele. Do ryb serwowano miskę suchej kaszy, soczewicy lub grochu oraz – obowiązkowo – kiszoną kapustę. Zboża i strączki nie psuły się i potrafiły przetrwać nawet najdłuższe rejsy, o ile nie padły ofiarą gryzoni lub wilgoci. Kapusta zaś chroniła przed szkorbutem, a więc przed utratą zębów. Suszone mięso jadano rzadko, można by rzec, że od święta. Wtedy kucharz zamiast kaszy piekł placki z mąki rozrobionej z wodą i doprawionej majerankiem. Na pokładzie, w niewielkiej zagrodzie hodowano czasem drób i świnie. Zwierzęta szły pod nóż już od pierwszego tygodnia rejsu, by nie nadwyrężyły zapasów. Szczurów i myszy nie trzeba było wyłapywać, zajmowały się tym pokładowe koty. Czasami zostawiały nietkniętą zdobycz. Szczury jedzono także. Pito wodę i piwo, czy może raczej cienką zupę z chmielu. Od święta przepijano do siebie rozcieńczoną brandy.
Tak jada się na pełnym morzu.
Żeglarze kabotażowi, zwłaszcza w krótkie trasy, mają zwyczaj zabierać warzywa, owoce, mleka i sery, czasami jaja. Gotują z nich, część jedzą na surowo. Nieustanna bliskość lądu wzbudza w nich złudne poczucie bezpieczeństwa.
Ale smak gruszek w ustach i zapach soli w nozdrzach zwyczajnie do siebie nie pasują. A morzu należy okazać pokorę oraz gotowość na najgorsze.
Aed

[100]

***
- Co chcesz mi udowodnić?
Siedzieli przy zastawionym stole. Zawartość gorących półmisków parowała, wydzielając symfonię zapachów. 
- Nic; próbuj. Spokojnie, pamiętałem, że nie jesz ptaków.
Rzeczywiście, wśród masy przysmaków nie było drobiu. Szary od pieprzu groch z kapustą, tarta rybna, lukrowane jabłka. Jedyną budzącą wątpliwości potrawą był zajęczy pasztet ze śliwkami. Wszystko, z brunatną kostką piernika na czele, pachniało korzeniami. Same niepozorne kulki marcepanu musiały kosztować majątek.
- Jakoś ci nie wierzę.
Uśmiechnął się.
- Skoro musisz żyć jak człowiek, spróbuj na tym skorzystać. Smakuj.
- W porządku - powiedziała wreszcie. Sięgnęła po miód, lecz on sprzątnął kielich sprzed jej nosa.
- Na to jeszcze będzie czas.
Zorana

***
Przepraszam, że tyle zmajaczyłam, ale albo nie miałam dość czasu, albo dość samozaparcia, by usiąść nad swoim tekstem. A koncept trzeba było przelać na papier.
W zakładce "Sto słów" znajdują się jeszcze niewykorzystane tematy, nowe też jak najbardziej są mile widziane. Jeśli macie ochotę kontynuować tą inicjatywę, nie ma sprawy, zgłaszajcie pomysły.

Czytaj dalej »
lipiec 9 roku Świetlnych Dni
(miesiąc wcześniej)

– Pozostaje kwestia mojego zastępcy – oznajmił Reinm, zwany też Sokolnikiem. A także mistrzem Zakonu Myrmydii, dyplomatyczno-zbrojnej organizacji, której oficjalną patronką była bogini wojny, a faktyczną - para królewska Keronii.
Niemrawy pomruk rozniósł się po komnacie.
– Ustaliliśmy, że Rada Regencyjna rozpocznie obrady zaraz po rozwiązaniu Zakonu.
– Wasza Rada – skwitował chłodno Sokolnik – gromadzi głupców szukających korzyści dla własnych interesów. – Nie tyle atakował, co stwierdzał fakt. W zamyśleniu potarł sygnet, przedstawiający herb Zakonu: jeźdźca na wspiętym koniu, orlą przyłbicą, mieczem oraz tarczą z symbolem boginii: dziesięcioramienną gwiazdą. – Nad wami ma być Regent. – Parsknięcia zatrzęsły paroma mięśniami piwnymi. – Silny i z prawem weta.
– Nie może być.
– Nie ty go wybierasz!
– Ponadto mianowany przeze mnie – dopowiedział Mistrz, nie dając się przekrzyczeć. 
– Jeden człowiek? – zakpił jeden ze starszych Radnych, znajdujący się z dala od światła świecy. – Jeden człowiek ma samotnie kontrolować sieć Jeźdźców na terenie trzech państw?
– Jeden człowiek jest zawsze łatwiejszym celem niż rozproszona grupa działająca z ukrycia – zauważył inny. Odlane z cyny naszywki w kształcie łucznika i kuszy sugerowały, że właściciel ma znaczne doświadczenie z dziedziny precyzyjnego zdejmowania celów.
– Więc ten człowiek nie będzie grzał stołka jak, za przeproszeniem, kura grzędę – odparował Reinm. Od początku obrad ponad połowa świecy zdążyła się stopić, przez co cień Mistrza zaczął pogrążać w mroku znaczną część komnaty i radnych. Wszyscy byli zmęczeni. Jemu także zaczynało brakować cierpliwości. – Każdy z nas był kiedyś Jeźdźcem, dopiero Twierdza sprawiła, że spoczęliśmy na laurach. Czasy się zmieniły. Czas wrócić do tradycji.
Jeźdźcy. Tym od początku byli. Świeckimi rycerzami na szczególnie wyszkolonych koniach, czy - jak głosiły legendy - nie tylko koniach, biegłymi zarówno w ostrzu, jak i dyplomacji; niezawodnymi, bezwzględnie posłusznymi rodowi panującemu i przełożonym. Niewielka brać rozrosła się jednak z czasem i podzieliła między tych, którzy walczą z siodła, i tych, którzy walczą z komnat.
– Siłą Zakonu są Jeźdźcy, nie Mistrz czy Rada – przypomniała cicho Zorana. Skrzydlata, oparta dotychczas o filar podtrzymujący gwieździsty strop, obserwowała obrady w milczeniu. Spod jej przymrużonych powiek błyskały jasne oczy, oczy rozleniwionego kota. Albo może raczej oswojonej pantery, z pyskiem pełnym kłów zwodniczo schowanym między łapami. Chciało jej się spać. Nie pragnęła niczego więcej, jak zamknąć oczy i zasnąć tu i teraz, choćby na stojąco. – Na ich losach powinniśmy się skupić.


sierpień 9r. Świetlnych Dni
(dzień po obradach)

Rozmoczona, gliniasta ziemia kląskała pod kopytami koni. Ziemia parowała. Grzbiety koni parowały po długim kłusie. Płaszcze Jeźdźców schły przewieszone przez wysokie łęki rycerskich siodeł.
Jechali we dwójkę, sennym stępem wśród oparów porannej deszczówki, ubrani w krótkie podróżne stroje. Ona bez skrzydeł, on bez oficjalnych szat.

- Skrzydlata...
- Zorana - przerwała. - Możesz mi mówić "Zorano", panie radny.
- Nicolas.
- Miło mi poznać, panie magistrze.
- Bakałarzu - skrzywił się mag. - Nie zdążyłem otrzymać tytułu magistra.
- Z powodu wojny z Wirginią?
- Raczej z powodu zmiany rektora. - Nicolas niechętnie poruszał ten temat - Powiedzmy, że uniwersytet postanowił ukrócić działalność pewnych specjalizacji.
Powstrzymała się od cisnącego się na usta pytania.
- Interesujące. Zaprawdę interesujące, czego mogły dotyczyć te specjalizacje.
- Interesuje mnie wiele dziedzin - Mag chyba nie wyczuł cienia ironii w głosie kobiety. - Takie na przykład naginanie praw natury. Zdradź mi, jak to robisz?
Co robię - spytała szorstko.
- Nie kpij sobie ze mnie. - W głosie maga brzmiała pretensja. Ile on miał lat? - Przecież wszyscy w radzie wiedzą, że Reinm nazywa cię skrzydlatą nie z powodu roli lotnego posłańca.
Zorana wzruszyła ramionami.
- A czy którykolwiek z nich widział mnie kiedykolwiek ze skrzydłami?
- Ha! A widzisz, nie zaprzeczasz. - Mężczyzna z satysfakcji omal nie klasnął w dłonie. -Więc? Używasz jakiegoś rytuału, czy może klasycznej polimorfii? Czytałem, że czarodzieje plemienni, szamani, potrafią zmieniać postać w zwierzęcą przy pomocy duchów opiekuńczych...
Zorana pokręciła głową z rezygnacją.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

Żywa wymiana zdań zakończyła się bardzo, bardzo szybko.
Jeźdźcy starali się nie odróżniać wiele od strażników dróg, których ostatnimi czasy często można było spotkać na traktach zaboru wirgińskiego. Lekka pikowana kurta, koszulka z kółek kolczych schowana pod tuniką z cienkiej wełny. Starannie przytroczone pakunki wisiały przy siodle. Obaj jeźdźcy byli przy mieczu, jak przystało na – bądź co bądź – rycerzy. Choć skrzydlata mogła wyłącznie się domyślać, jak towarzysz poradzi sobie, gdy dojdzie do bezpośredniego starcia. Byli gotowi chyba na wszystko. Poza tym, że – będąc zupełnie obcymi sobie ludźmi – mają podróżować wiele godzin. Było nie tylko niezręcznie, ale i nudno.
- Pijesz dla dodania sobie rezonu? Czy może raczej by uspokoić sumienie?
Początki podróży mijały raczej spokojnie, w towarzystwie szumu pobliskiej rzeki, Surany. Dotychczas wszystko szło po ich myśli, toteż Zorana z pewnym niezrozumieniem spoglądała na Radnego, który co i rusz pociągał z butelki z jemu tylko znaną zawartością. Której to jednak nietrudno było się domyślić po unoszącym się za nim zapachu. Nicolas zrobił skwaszoną minę.
- Z obydwu powodów, jednak żaden z nich nie powinien cię interesować.
Skrzydlata wzruszyła ramionami. No cóż, nie znali się na stopie prywatnej. 
- Nie noś urazy. Jak dla mnie możesz pić ile chcesz. Wolałabym tylko, abyś utrzymał się w siodle o własnych siłach.
Nicolas skinął głową. Przytyk nie przeszkadzał mu jakoś szczególnie, nie zamierzał się boczyć. Mimo to rozmowa się nie kleiła. Narastający z wolna szum wody zwiastował pojawienie się w niedługim czasie katarakty.
- Dlaczego “Pójdźka”? – mag odbił piłeczkę.
- Co takiego? – Zorana odwróciła wzrok od drogi.
- Tak cię nazwał Golvan dziś rano.
- Ach.
Golvan, zwany przez starą drużynę Wróblem, wraz z ognistowłosą półelfką, Piegżą, byli dawnymi towarzyszami jej i Reinma, nim ten objął stanowisko Mistrza. Cóż, niektóre pasje pozostają niezależnie od posady.
- Stare czasy – żachnęła się. No, może z jej perspektywy nie aż tak stare, jednak tą informacją nie zamierzała się z magiem dzielić. – W kompanii Reinma panował zwyczaj, że należało nazwać każdego jakimś przydomkiem. Sokolnik, Wróbel, Piegża… 
- I Pójdźka – uzupełnił jeździec.
- Nie ja go wybrałam. – Skrzywiła się.
- Wiesz, dlaczego akurat ta sowa?
Pokręciła głową, wywracając oczyma.
- Nie mam pojęcia.
Słysząc sarkazm z jej w głosie, zamilkł na moment.
- Dużo patrzysz, mało mówisz… latasz nocą.
Roześmiała się cicho.
- Reinm rzekł raczej, że jest to drapieżnik, który poluje niezależnie od pogody – sprostowała nieśpiesznie – nawet jeśli w deszczu nie może latać, to atakuje z zie...
Skrzydlata urwała, czując nagły ruch powietrza. Najpierw coś świsnęło nad ich głowami, jak spłoszony ptak potrącający gałęzie. Chwilę potem pojęli, że pierwsze z zaklęć pękło. Potem kolejne. Następny był już tylko świst przelatującego pocisku.
- Oho – mruknął mag. Oboje wiedzieli, co to znaczy.
- Stać! – krzyknęła ostrzegawczo Zorana,  ściągając wodze. Jej kary wierzchowiec wydął chrapy i stulił uszy. Usłyszała, jak towarzysz szepce coś pod nosem. Jego oczy zmieniły się, a w stronę rzeki odleciała czarno-biała sylwetka. Nad spienioną wodą sroka zwolniła, gwałtownie wymachując skrzydłami w miejscu, zakręciła i poleciała w górę rzeki, stronę przeciwną do tej, z której przybyli. Jej długi czarny ogon zniknął im z oczu. – Stać! – powtórzyła Skrzydlata, tym razem po wirgińsku.
- Zwolnić – odezwał się lakonicznie pierwszy z jeźdźców. Sam wkrótce wstrzymał konia, pozostając w tyle, tym samym przekształcając szyk ze strzelistego we wklęsły – wyraźnie planując ich otoczyć w niedalekiej przyszłości. W tej sytuacji Jeźdźcy nie zmniejszali dystansu, rozjechali się tylko nieznacznie na boki. Zwłaszcza, że zawczasu zauważyli naładowane kusze w rękach dwójki jeźdźców jadących z tyłu.
Jak zauważyła Zorana, każdy z przybyszów był okuty co najmniej tak samo jak oni. No, może poza kusznikami, których nie chroniło w zasadzie nic prócz stalowego hełmu przypominającego kapelusz z rondem i pikowanej kurtki.
- Bądźcie pozdrowieni – zaczął ten, który zdawał się tu dowodzić, z twardym wirgińskim akcentem, ale po keronijsku. Jeźdźcy odpowiedzieli mu oszczędnym skinieniem głowy. Zakonne przywitanie, którym posługiwali się na obradach - symboliczne dotknięcie czoła i ust - obowiązywało tylko między Jeźdźcami oraz w stosunku do Sióstr Miecza.
- Witajcie – odparł oschle Nicolas, a jego kasztanka wysunęła się nieznacznie na przód. Wstrzymał ją jednak, widząc, że wzmaga to czujność strzelców. – Co sprowadza zbrojnych Wirginii na ziemie Zakonu Sióstr Miecza?
Dowódca zbrojnych, mężczyzna o ogorzałej twarzy i drapieżnym spojrzeniu obrzucił ich takim spojrzeniem, jakby co najmniej nasikali do piwa gubernatorowi.
- Ziemie Gubernatora, podarowane w wyrazie dobrej woli na wieczną jałmużnę Myrmydii i jej kapłankom.
Wciąż to samo. Wirginia, zaślepiona ambicjami szerzenia swojej twardej, patriarchalnej i niewolniczej kultury jak zawsze miała problem z poszanowaniem różnic pomiędzy wieczystą jałmużną prowincją. Konflikt o to rozgrywał się nieprzerwanie od trzech lat, kiedy to zdobyto jedyne wolne miasto znajdujące się na pograniczu ziem Keronii, zaboru wirgińskiego i ziem Zakonu Myrmydii. Wsparcie rycerzy 'ze wzgórz' nie polepszyło relacji, o czym najlepiej świadczyła  stacjonująca od roku jednostka wirgińska jednostka dyplomatyczno-karna, stacjonująca w Twierdzy Myrmydii.
Zorana, widząc, że Wirgińczyk jest nie w kij dmuchał, postanowiła włączyć się do rozmowy.
- Oboje jesteśmy tu za zgodą i na polecenie Ishoye, Matki Przełożonej.
Żołnierz uśmiechnął się nieładnie, a dwóch jego towarzyszy roześmiało się cicho.
- My także przybywamy w jej interesie… z braterską pomocą.
Jeźdźcy Zakonu ukradkiem spojrzeli po sobie. Nie mogli powiedzieć, że nie spodziewali się takiego zagrania, ale w tej chwili nie bardzo wiedzieli, o czym mówi oficer.
- Doszły nas pogłoski o tym, że ktoś rozkrada mienie siostrzyczek, ku wielkiej trosce Gubernatora – wyjaśnił Wirgińczyk, udatnie naśladując ton troski. W reakcji na to twarz skrzydlatej spochmurniała teatralnie.
- Niedobre to wieści – przyznała, wyrażając szczere zmartwienie, bez cienia cynizmu. – Jednak nie sądzę, by Siostry, będąc pod opieką Jeźdźców, potrzebowały wsparcia Gubernatora. Zwłaszcza, że to nasi rycerze najpewniej wytypują potencjalnego złodzieja.
Oficer nie odrywał od niej wzroku. Znajdowali się w zbyt dużej odległości, by patrzeć sobie w oczy, jednak wiedziała, że mężczyzna szukał w jej twarzy śladów kłamstwa. Nie spuściła wzroku. Nie była jednak pewna, czy Wirgińczyk jej uwierzył. Szczerze w to wątpiła. Skrzydlata uruchomiła zaciśnięciem pięści magiczny przedmiot otrzymany od towarzysza podróży. Nicolas, szykuj się na najgorsze – powiedziała w myślach, mając nadzieję, że mag wie, co robić i sytuacja nie pozbawiła go refleksu. Z instrukcji wynikało, że sama siła woli miała wystarczyć za przekaźnik wiadomości, ale nie była pewna, czy to zadziałało – i niestety nie mogła spojrzeć w stronę maga, by się upewnić. 
Wirgińczyk wyszczerzył zęby.
- Dlatego właśnie jeden z nich posłuży nam radą.
Tym razem skrzydlata nie wytrzymała i skierowała pytające spojrzenie na Nicolasa. Jednak mag jakby jej nie zauważał. Minę miał nietęgą i absolutnie nie patrzył w jej stronę. Podążyła za jego wzrokiem. Dopiero teraz przyjrzała się dokładnie ostatniemu z jeźdźców. Nie zwróciła na niego uwagi, bo jak i dwaj inni towarzyszący oficerowi zbrojni miał na głowie hełm. Dopiero gdy wysunął się na przód, żgając ostrogami wielkiego, ciężkiego wierzchowca – potężniejszego nawet od jej karosza – twarz widoczna spod podniesionej przyłbicy wydała jej się znajoma. Także symbole widoczne na tarczy zaczynały jej coś przypominać.
- Tengel…? – spytała, mrużąc oczy i nie kryjąc zdziwienia.
- Przecież ty nie żyjesz – wydusił w końcu z siebie mag.

poprzedniej nocy

- Możesz mi wyjaśnić – spytała skrzydlata cicho, gdy byli już sami. – Co to za szopka, Reinm?
Ogarki świec zdradzały, że do świtu pozostała niecała godzina. Mistrz w zamyśleniu spoglądał przez wytłuczone okienko wielkiej rozety, zdobiącej ścianę za mistrzowskim pulpitem. Skrzydlatej przeszło przez myśl,  że dawno nie widziała jej w świetle dnia, gdy komnatę rozświetlała tęcza barw. Spojrzała na Sokolnika oczekująco. Przykro było patrzeć, jak ten w gruncie rzeczy młody mężczyzna postarzał się od czasu objęcia swojego stanowiska.
- Oboje dobrze wiemy, że nie ma żadnych dokumentów do przemycenia. Trójca zajęła się najważniejszymi, gdy tylko pojawiło się zagrożenie. – Kobieta wzięła głęboki oddech. – Powiedz mi, o co chodzi, a zajmę się tym.
Reinm przyglądał jej się przez chwilę. Wyglądała z grubsza na trzydzieści lat. Dokładnie tak samo jak około dwunastu lat temu, kiedy się poznali. Wciąż mówiła tyle co nic i jeszcze rzadziej mrugała, lustrując wszystko zwierzęcym, jasnym spojrzeniem. Niejednego jej sposób bycia wprawił by co najmniej w zakłopotanie. Lecz nie jego.
- Mamy zdrajcę – powiedział wreszcie, odwracając wzrok i patrząc gdzieś daleko. – To jeden z nas. Radny. Ktoś, kto jest obecny na nocnych obradach, przekazuje namiestnikowi nasze plany. Prawdopodobnie miał wpływ na los Tengela.
- Mistrza Ostrzy? – spytała, próbując kojarzyć. Młody czarnowron podleciał i usiadł na krawędzi stłuczonego witrażu. Mistrz przegonił go ruchem ręki. Co za czasy nastały, że nie mogli ufać nawet ptakom. Zorana obserwowała jeszcze chwilę, jak czarne skrzydła rozmywają się w porannej mgle.
- Sądzisz, że ten ktoś mógł się zgłosić na tę misję?
- Niewykluczone – odparł po chwili namysłu. – Jednak, szczerze mówiąc, nie sądzę, by Nicolas był zdrajcą. Ma problem z piciem, prawda – przyznał – jednak jeśli chodzi o skuteczność i lojalność, nie mam co do tego wątpliwości.
Widząc jej przenikliwe, kocie spojrzenie, domagające się argumentów, kontynuował.
- Nicolas znał Tengela, byli towarzyszami broni przez wiele lat. Jego śmierć wstrząsnęła nim bardziej niż kimkolwiek innym.
Zorana nie odpowiedziała od razu. I nie wyglądała na przekonaną.
- Obyś miał rację.
cdn.
Spisujcie testamenty, nawracajcie się - koniec świata jest bliski. Opublikowałam część II.
Ta część miała mieć stron około siedmiu... ale się w nich nie zmieściłam, a żadna rozsądna próba ucięcia go pod koniec i wrzucenia do następnego rozdziału nie przyszła mi do głowy. Tak więc serwuję Wam tutaj tylko pierwsze trzy i pół strony (edit: niecałe pięć stron), żeby nie zniechęcać Was samą długością. Następna część będzie bardziej dynamiczna - tak mi się przynajmniej wydaje, ocenicie sami. Postaram się zamknąć tą telenowelę... tfu, opowiadanie, w czterech częściach.

Proszę o konstruktywną ocenę przede wszystkim stylu i samej fabuły, bo to jest teraz mi bardzo potrzebne (jestem w połowie, zawsze jeszcze mogę coś zmienić!). Będę wdzięczna za wskazówki, co bardziej rozwinąć - akcję, przeżycia bohaterów czy opisy świata przedstawionego. Dzięki z góry za każdy komentarz.

EDIT: Poprawione! Przynajmniej treść, nie wiem jak z samym zapisem. Czcionka ogarnięta. Publikuje z nową datą, jak wspominałam. A ponieważ zasłaniam tym samym nowe opowiadanie Ząbka, polecam do niego zajrzeć, bo jest naprawdę niezłe i czyta się je raz-dwa. No! To idę pisać licencjat xD
Czytaj dalej »
       Każda wojna rodzi ból. Niesie śmierć tysięcy. Rodzi nadzieje, nawet jeśli są one spowite największą ciemnością. Tak było z nimi. Z wioską do której dotarłem. Zmęczony, ranny. Byłem jednym z generałów w przeklętej wojnie trwającej już od tysięcy lat, wojnie między światłem i ciemnością. Byłem nią zmęczony. Za dużo widziałem i za dużo wiem. Tacy jak ja nie powinni istnieć, a mimo to żyjemy by nękać innych oraz samych siebie. Kim jestem? Moje imię przepadnie w kartach historii, więc nie ma znaczenia kim jestem ani kim byłem. Ważni są mieszkańcy owej wioski. Oni również odczuwali efekty wojny. Wychudzeni, bardziej przypominali chodzące trupy niż ludzi. Smród niemytych ciał, ropnie od zarazy czy choroby oraz zapach wszechobecnej śmierci. Czy tak musi być? Czy zawsze gdy idzie o większe ideały ktoś musi ucierpieć?
Spojrzałem za siebie. Wiedziałem, że będę ścigany nie tylko przez wroga ale i przez swoich. W końcu niewykonanie rozkazu to wyrok śmierci. Cóż, przynajmniej u demonów. Tak. Jestem demonem ukrytym pod postacią człowieka.
Musiałem zniknąć.
Po wejściu do wioski i odbyciu kilku rozmów zostałem przez nich ugoszczony. Dostałem kawałek chleba oraz talerz czegoś co pewnie było zupą. Niby nic nadzwyczajnego, ale dla tych wieśniaków było pewnie wszystkim co mieli. Podziękowałem za posiłek, choć i tak nie był mi potrzebny. Mimo to zjadłem wszystko. Nawet im opowiedziałem o sobie. Że byłem żołnierzem, ale uciekłem z powodu niewykonania rozkazu. Że odmówiłem zabicia. Ledwo skończyłem usłyszeliśmy krzyki. Znaleźli mnie!
       Nie pytali o nic. Zabijali wieśniaków jednego po drugim. Wiedzieli, że tu jestem.
Ku mojemu zaskoczeniu, mówili (wieśniacy), że ktoś taki jak ja nie może być zły. Że dobry ze mnie człowiek. Gdyby wiedzieli kim jestem naprawdę, myślę, że od razu by mnie wydali. Mimo to kazali jakiejś dziewczynie wyprowadzić mnie z wioski i ukryć. Gdy złapała mnie za dłoń, nie protestowałem. Dałem się jej poprowadzić. Jedyne co słyszeliśmy to krzyki konających.
Gdy wszystko ucichło wróciliśmy na miejsce. Z wioski zostały tylko zgliszcza i sterty ciał. Dziewczyna od razu pobiegła szukać swojej rodziny. A ja? Ja stałem i patrzyłem na to co kiedyś było jej domem. Czy tak musi być? Czy oni muszą umrzeć? Nie! Nie zostawię ich. Nie będę jak moi pobratymcy! Dam tym ludziom nową nadzieję. Szanse.
- Mogę wam pomóc. - zawołałem – Ale ceną będzie utrata tego co cenicie. Czy chcecie żyć?!
Najpierw cisza, a potem usłyszałem jakby ktoś cicho szeptał mi do uszu ciche „tak”.
       Nie myśląc dużo podciąłem sobie żyły przy lewym nadgarstku. Krew spadła na ziemie i niczym czarny wąż podpełzła pod każdego martwego albo konającego mieszając się z ich krwią. Nie ma już odwrotu. Pakt zawarty. Widziałem jak ciała ozywają. Jak ich wystające żebra znikają pod pojawiającymi się żebrami. Tysiące pytań w ich oczach. Nowych oczach z pionowymi źrenicami. Czułem ich strach.
- Nie bójcie się. - zawołałem -Od dziś jesteście wszyscy braćmi i siostrami. W waszych żyłach płynie krew demonów.
Na to wszyscy zaczęli krzyczeń i uciekać od mnie jak najdalej.
- Jesteście Grimmami!
- Kim są Grimmowie? - zapytała ta sama dziewczyna co wyprowadziła mnie z wioski.
Tym czym ludzie. Znacie miłość, cierpienie, strach. Macie marzenia. Ale za to nie jesteście już tak słabi.
- Kim jesteś, panie? - dopytywała się.
- Jestem kimś kto ma dość wojny. A wy jesteście od dziś dla mnie jak dzieci.
Spojrzałem w niebo. Widziałem jak kilku skrzydlatych nadlatuje w naszym kierunku.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Uderzyłem nogą o ziemię po czym wszyscy mieszkańcy znikęli razem ze mną.


Czytaj dalej »
1) Po liście obecności zostało nas niewiele, bo tylko pięć autorek. Nasze grono opuścił Zombbiszon, autor Alexandra. Aktualnie: jest nas jednak sześcioro ;)

2) Lada dzień skończę zakładkę określającą zasady, na jakich w naszym uniwersum działa magia. W zakładce znajdą się również opisy poszczególnych dziedzin. Jeżeli ktoś z was ma swoją wizję jakiejkolwiek z nich, najwyższa pora, by przesłał jej opis. Tekst nie musi być długi - moje mieszą się w zakresie 9-20 zdań. Opisu nie trzeba nijak stylizować, ma być konkretny, łatwy do przeczytania i zrozumiały. Sama piszę według schematu: specyfika dziedziny (cechy charakterystyczne, czym się wyróżnia pośród innych), poddziedziny (o ile jakieś są), możliwości, jakie daje ten rodzaj magii i na końcu ograniczenia.

Póki co, sytuacja wygląda następująco:
- magia uzdrowicielska --> zarezerwowane; czekam na tekst Isleen
- magia żywiołów --> zrobione, mój opis (który ewentualnie można wymienić)
- magia czasu --> zrobione, mój opis (też można go wymienić, jeśli komuś zależy)
- iluzja --> niejasne; Zorana, wspominałaś, że możesz się tym zająć - chcesz czy mam napisać?
- magia mentalna --> wolne; brak opisu
- magia krwi --> wolne; brak opisu
- nekromancja --> zarezerwowane; opis w budowie (mój)
- alchemia --> wolne; brak opisu
Jeżeli pominęłam jakąś fajną dziedzinę, możecie proponować co dodać. 

3) W trakcie mojej rozmowy z Zoraną padła myśl, że sporo rzeczy w naszym uniwersum jest nielogicznych; m.in. geografia. Owszem, jest, bo pierwowzór naszego świata wymyśliłam będąc w pierwszej klasie gimnazjum, nie wiedząc jeszcze mnóstwa rzeczy. Póki jest nas mało, a blog działa, jak działa, mamy niepowtarzalną szansę  coś zmienić. I tak będę robić nową mapę świata, bo większość starych musiałam usunąć ze względu na zmiany personalne na blogu.  Prawdę mówiąc, jest mi obojętne, czy mam robić nową-starą mapę, czy coś z zupełnie innym układem lądów. Zasadnicze pytanie, czego chcecie wy: ma zostać, jak jest, czy poprawiamy?
Prosiłabym o jasną odpowiedź.

Jeżeli poprawiamy, to są trzy opcje:

a) spotkajmy się na jeden dzień "w realu", w miejscu, do którego będzie nam wszystkim w miarę wygodnie dojechać, rozłóżmy na stole arkusz papieru i narysujmy wspólnie nową mapę - a przynajmniej jej wstępny zarys, który będzie można potem komputerowo obrobić. 

b) umówmy się na konkretny dzień na konferencję i zróbmy mapę zdalnie; przez Internet; zacznijmy od burzy mózgów co nam nie pasuje w obecnym układzie i nanośmy poprawki. Zorana wspomniała, że podobno istnieją programy do zdalnego rysowania.

c) opcja na leniucha, czyli wypisujecie co wam nie pasuje w obecnym układzie, a ja robię nową mapę według waszych wytycznych i swojej obecnej wiedzy. Opcja o tyle słaba, że nie znam się na wszystkim i mogę zwalić np. kwestie gospodarcze. Ale jak wam to nie przeszkadza, ok, mogę zrobić, czas znajdę.

Proszę wszystkich o wypowiedzenie się, terminu nie ma, ale prosiłabym w najbliższych dniach.

Czytaj dalej »

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Ogłoszenia

- Zapraszamy do udziału z zabawie integracyjnej 2.0. Więcej informacji w poście na stronie głównej.

Blog otwarty, zapraszamy do zapisywania się. :)

Szukaj




˅ ^
Królestwo
K
eronii


Przewodnik Regulamin Stwórz postać
Mam już postać
Szablon autorstwa Rinne Lasair
mruwisko, ip, fontawesome, scroll